Pielgrzymi - kozioł ofiarny naszej nieudolności
Co jest takiego w nich odpychającego, takiego strasznego, że tak ich nie lubimy, a ostatnio coraz częściej za to, że nic z nich (jako miasto, społeczeństwo) nie mamy, żadnych korzyści finansowych. Jedynie same problemy - bo głośno śpiewają i zanieczyszczają szlaki.
Ostatni pomysł to opodatkowanie pielgrzymów. To bardzo "polskie" rozwiązanie. Jeśli nie wiemy co zrobić, jak poprawić własne finanse to najlepiej opodatkować, lub zwiększyć składki - niczym każdy kolejny rząd naszego kraju. Wiele się mówi o tym, że nic nie mamy z pielgrzymów, że wchodzą do miasta i dnia następnego wyjeżdżają. To, że wyjeżdżają dnia następnego to prawda, ale spójrzmy jej w oczy, co Oni mają tutaj w Częstochowie robić - zwiedzać galerie - chyba Jurajską, bo inne albo będą zamknięte z okazji święta, albo czynne do 17. Brak jakiegokolwiek zrealizowanego wspólnego projektu, który by "zagospodarował" tą masę ludzi, wykorzystał ten potencjał.
Dwa lata temu rozmawiałem z jedną z osób związaną z Radiem Jasnogórskim o tym, że mają w planach kilkudniowy festiwal muzyczny, o lekkim zabarwieniu religijnym lecz z naciskiem na muzykę rockową. I co? - i nic się takiego nie wydarzyło - dlaczego, bo nikomu na tym nie zależy, nikomu się nie chce nic zrobić.
Mówienie również, że pielgrzymi nie wydają pieniędzy, jest nieprawdą. Pracując w Domu Pielgrzymowania widziałem co innego, owszem byli ludzie biedni, co stać ich było jedynie na herbatę, ale reszta nie szczędziła grosza. Restauracja nie nadążała z wydawaniem nietanich posiłków,gdzie cena frytek w zestawie nie odbiegała od tych w fastfood'ach. Każdego dnia cukiernik smażył tysiąc pączków - znikały bardzo szybko.
Inny przykład, firma Unimil, niejednokrotnie w mediach publicznych przedstawiała mapę sprzedażową swoich produktów. I to właśnie w okresie sierpnia, w czasie największego nasilenia pielgrzymów w Częstochowie, jest największy popyt na ich produkty - co się dziwić, nie tylko pątnicy idą w pielgrzymce. Warto też zajrzeć pod koniec sierpnia do jednego ze sklepów ze sprzętem turystycznym, który znajduje się w trzeciej Alei NMP i zobaczyć pustki na półkach. Sklep drogi, ze sprzętem firmowym o mocno zawyżonych cenach, ale jak sami sprzedawcy mówią, pielgrzymi wszystko wykupują.
A szczytem tej nieudolności jest nieumiejętność większego wykorzystania tej masy ludzi, która do tego miasta przyjeżdża. Gdyby nie Jasna Góra i pielgrzymi oraz ew. Gierek w latach 70'tych, to Częstochowa byłaby jedynie prowincjonalną osadą przy stacji benzynowej zasilającej w paliwo Tiry przejeżdżające krajową jedynką.
W Poznaniu raz do roku odbywa się maraton - największy w Polsce, kilka tysięcy ludzi przyjeżdża by przebiec te 42 kilometry po ulicach miasta. Poznań jest na kilka godzin całkowicie zablokowany, ale ta impreza jest tam celebrowana, bo raz do roku są w jakimś sensie w centrum wydarzeń. Do Częstochowy ludzie przyjeżdżają aby zobaczyć wieżę jasnogórską i obraz święty, a do Nowego Jorku by zobaczyć Statuę Wolności i jakoś nie słychać stamtąd narzekań czy chęci jej likwidacji. Mamy skarb, może trochę sztucznie narzucony, pełen niedoskonałości i obłudy, ale jak jest, to warto go wykorzystać, schować emocje do kieszeni i spojrzeć na to jako możliwość. Może zacząć od wystawienia koszyka z jabłkami przy trasie pielgrzymki, może powrócić do częstochowskiej tradycji przebijania "złotóweczek" na "maryjki", to zawsze lepsze niż nie robienie niczego, albo wprowadzanie pomysłów w stylu podatku od pielgrzymujących.
I na zakończenie, kilka lat temu spytano słynnego Dona Kinga, ekscentrycznego promotora boksu - "Dlaczego organizujesz walki Andrzeja Gołoty, przecież on już nie jest dobrym bokserem", a Wielki Don odpowiedział - "Gdy Gołota walczy, mam pełne trybuny" - i proszę wierzyć, więcej się na tych "hot dogach" zarobi, niż na biletach. Wiem co mówię, bo Boxing night w Klubie Zero organizowałem, może nie ta skala, ale zasada zawsze ta sama ;)

