Wigilijna opowieść - sprawa Marka Izydorczyka
Reportaż Julii Liszewskiej i Piotra Krasa.
W mroźny, zimowy dzień, skrzypiąc butami pod zamrożonym śniegu, idziemy z Piotrkiem przez kłobucki rynek, skręcamy w lewo i dochodzimy do chwiejącego się płotu, za którym czeka na nas inny świat. Świat stworzony
z wyobraźni, z marzeń pomieszanych z rzeczywistością. Wchodzimy do drewnianej szopy stojącej na podwórku, tu jest pracownia Marka. Tu spędza całe dnie. Ściany zawieszone obrazami (podobnie jak w domu Marka), wszędzie pędzle, kolorowa paleta malarska, słoiki, na sztalugach dwa zaczęte obrazy. Ogrzewania brak, minus 15 stopni i ostre zimowe słońce wpadające przez przykurzone okno.
Marek Izydorczyk to malarz, mieszkający i tworzący obecnie w Kłobucku. Operator i monter urządzeń RTV, nie pracuje w zawodzie. Od 15 lat maluje i to jest pasją jego życia. Nie zamierza w inny sposób zarabiać. Pracuje 10-12 godzin dziennie. Jego mistrzowie to Tycjan (ze względu na kolorystykę), Caravaggio, barokowi malarze hiszpańscy - szczególnie Diego Velazquez. Inspirują go także impresjoniści i surrealiści. Jego malarstwo jest mieszanką stylów i technik - od ikony do abstrakcji. Mieszanką ciekawą, oryginalną, fascynującą. Obrazy, szczególnie te powstające w ostatnim czasie, są pełne metafor, nawiązań literackich, mają specyficzny klimat. Można je zobaczyć w pracowni artysty i na jego stronie internetowej: malarstwoizydorczykmarek.strefa.pl
Marek mieszka z żoną i dwoma ponadrocznymi córeczkami w małym domku wciśniętym w szereg innych, na kłobuckim rynku (jest jego współwłaścicielem). Żyją skromnie.
"Nie jestem artystą komercyjnym"
- mówi Marek. Nie lubi rozstawać się ze swoimi dziełami, jednak trochę obrazów już w swoim życiu sprzedał. Bożena, żona artysty, rozumie i podziela pasję męża, jest jego podporą. Bliźniaczki - Ewa i Agata - przepadają za ojcem (co widać na zdjęciach dołączonych do reportażu). Jednak życie nie zawsze bywa różowe - obecnie trwa sprawa o ustalenie sytuacji rodzinnej córeczek Bożeny
i Marka.
Po rozmowie i zdjęciach Bożena zaprosiła nas na herbatkę. Widać, że są ze sobą blisko, że się nawzajem wspierają. Wiadomo, jak to jest w małych miasteczkach, "inni" zawsze są "pod obserwacją", a oni, jak stwierdza Bożena: "są dość nietypową parą". I dodaje: "Kocham Marka, nie tylko dzieci. Dla mnie to jest całość. Jesteśmy rodziną." Jak pisałam, żyją skromnie. W domu nie ma ciepłej wody ani kanalizacji. Na wiosnę planują remont. Zapytani, czy potrzebują pomocy materialnej - zaprzeczyli.
Co prawda o mecenasa w dzisiejszych czasach trudno, ale Marek otrzymuje jednak niewielkie stypendium ze starostwa, poza tym dostają zasiłek rodzinny na dzieci. Czego zatem oczekują? Wsparcia i zrozumienia.
"Wkurza mnie, że mogą mi zabrać dzieci, bo jestem artystą i nie mam willi."
- pisał Marek na jednym z portali społecznościowych. Kilka dni temu ich dom znów odwiedził pracownik opieki społecznej, zaproponował Bożenie miejsce w domu samotnej matki. Ona jednak nie godzi się na rozdzielenie rodziny: "Nie byłoby to dobre dla dziewczynek. Kochają ojca i potrzebują jego obecności". I to niech będzie pointą tej opowieści.









